Do czasu zaktualizowania nowej strony tutaj możesz przejść do poprzedniej wersji

 
  Strona główna
  nowości
  Polemiki
  Reporterka
  Dziennik
  Tapety na pulpit
  Różne ważne
  Z archiwum
Sonda
Ulubione tematy :
:: lotnictwo
:: architektura miast
:: przemysł
:: zabytki
:: przyroda
:: dziennik gorgola
:: reportaże
:: inne

Zdjęcie tygodnia


powiększ

Dziennik Gorgola


Dzień 10 - pierwszomajowy koncert gitarowy ! Czyli jak pokopał mnie prąd.

Dzień 9 - Zbójnik Jakubek i spotkanie integracyjne w Krynicy.

Dzień 8 - Bohumil Śindelek - wspomnienie o pionierze lotniarstwa z Czech. 31.05.2011r.

Reklama


   
 
 
Google
Pokaż artykuły w tej kategorii

Bohumil Śindelek - wspomnienie o pionierze lotniarstwa z Czech. 31.05.2011r.

powiększ

powiększ

powiększ

Bohumil Śindelek - wspomnienie o pionierze lotniarstwa z Czech. 31.05.2011r.

Dzień ósmy.

Pamięci Bohumila Sindelka.

To były II Zawody Lotniarskie zorganizowane przez Ośrodek Sportu i Rekreacji „HYR” w Zakopanem. Była wiosna 1977 roku. Pod Nosal oprócz Polaków zjechali lotniarze z Węgier, i Czechosłowacji. Zawody cieszyły się również dużym zainteresowaniem telewizyjnych programów „Tylko w niedzielę” i „Studio 2”, nawiasem mówiąc konkurencyjnych. Mnie redaktor Jola Łopuszyńska i Antek Dzieduszycki poprosili do programu jako eksperta.
To było ciekawe doświadczenie. Wróćmy jednak do lotniarstwa. Z Węgier przyjechali lotniarze na czele z Martonem Ortody, zaś grupie z Czechosłowacji prym wodził słusznego wzrostu Bohumil Sindelek. W swoim pięknym białym kombinezonie pod lotnią o dużym wydłużeniu wpadł w oko realizatorom TV i nie tylko. Na życzenie realizatorów przymocowaliśmy na dziobie Jego lotni kamerę filmową, a na końcu kila cegłę służącą jako wyważenie i wywieżliśmy Bohusia na szczyt Nosala. Pracownicy TV drżeli ze strachu o kamerę, zaś ja myślałem o wyważeniu lotni, aby cała powietrzna eskapada pierwszego w Polsce lotniarskiego filmowca zakończyła się szczęśliwie dla pilota. Wreszcie nastąpił start i lotnia z kamerą uniosła się nad Nosalem. Wreszcie po niedługim locie, Bohuś z kamerą szczęśliwie i bezpiecznie dla kamery wylądował na punkt. I tym sposobem w programie TV w 1977 roku pokazał się film z powietrza z zawodów lotniarskich, jak się okazuje niezmierna rzadkość obecnie we współczesnej Telewizji Polskiej. Po raz pierwszy w Polsce Węgrzy wykonali lot pasażerski. W tandemie na lotni ze szczytu Nosala poleciała redaktor Jola Łopuszyńska.
Zawody zakończyły się sukcesem Węgrów.
Zakończenie zorganizowano w jednej z zakopiańskich restauracji. Bohuś koniecznie chciał się zrewanżować polskim kolegom kolejką piwa, ale zabrakło mu pieniędzy. Zwrócił się do mnie o pożyczkę, obiecując że przy najbliższej okazji zwróci mi kasę z procentem, w postaci
beczki czeskiego piwa. Poratowałem Go w tej trudnej sytuacji i całe towarzystwo zostało „zalane” nową falą piwa.
Nadszedł czas pożegnań, Bohuś zaprosił mnie do siebie do Holesowa. Jednak nie posiadałem w tamtych czasach samochodu i odwiedziny nie wchodziły w rachubę. Trudno.
Często jednak bywałem z odwiedzinami u innego czeskiego pioniera lotniarstwa Stania Kozela we Frydku-Mistku, co nie było trudne bo korzystałem z połączeń kolejowych. Po kilku dniach pobytu w Frydku, którego celem był zakup czeskiego odpowiednika dakronu tzw. „ulji”, materiału używanego do wykonania poszycia lotni - rano w mieszkaniu Stania zadzwonił dzwonek. W drzwiach stanęło dwóch młodych Czechów i zapytali o mnie. Byliśmy zdumieni i trochę zmartwieni, bo przekraczając granicę zdarzało się nam łamać przepisy celne.
Jednak okazało się, że są to emisariusze od Bohusia, którzy przyjechali z zadaniem dowiezienia mnie do Holesowa, miejsca zamieszkania sympatycznego Czecha. I dojechaliśmy, jednak nie do mieszkania a do restauracji u podnóża góry Hostyń.
Tam w gronie kolegów siedział uśmiechnięty Bohuś. Przywitaliśmy się serdecznie i zaczęło się piwne biesiadowanie... Na znak Bohusia kelner zaczął podawać nam piwa i przy kolejnych podanych kuflach na karteczkach robił kreski. Całe czeskie towarzystwo w skupieniu przyglądało się nam jak spijamy kolejne kufle smacznego piwa. Przy dwunastej kresce na naszych kartkach Bohuś zarządził przerwę na zmianę miejsca dalszego spożywania piwa. Ku mojemu przerażeniu kelner zapakował do Skody 100 MB kilka skrzynek piwa i załadowaliśmy się do autka.
Ruszyliśmy ściśnięci jak śledzie w puszce na początku drogą asfaltową aby następnie górską ścieżką karkołomnie dotrzeć do rodzinnej chaty góralskiej gdzieś na zboczach Hostynia. Coś tak mniej więcej, jak polana Jaworzyna pod Skrzycznem.
Bardzo przypominało mi to jazdę samochodem na Skrzyczne...
Chata góralska ... Okazało się że to „chatka” wielkości dużej współczesnej karczmy.
Na środku w największej izbie wielki stół, a pod ścianami łóżka. Skrzynki wjechały na stół i ponowiliśmy konsumpcję piwa. Wszelkie rachunki ile piwa wypiliśmy straciły sens. Ważne że dotarliśmy do łóżek, a nie było na szczęście daleko. Ranek w górach przywitał nas piękną pogodą i dziwnym zjawiskiem przypominającym przysłowiowego kaca. No cóż, staropolską i staroczeską metodą po piwku i wróciliśmy do życia. Teraz czekała nas jazda na szczyt, gdzie jak to zwykle w tamtych czasach mieścił się obiekt wojskowy. Na szczycie czekał nas znak i napis ogólnie mówiąc zakazujący wszystkiego, wchodzenia, fotografowania itp. Jednak na widok Bohusia żołnierze radośnie się ożywili i przywitali nas serdecznie. Bohuś wytaszczył z Embiczki przepustkę w postaci skrzynki piwa i tajny obiekt należał do nas. Zaczęliśmy zwiedzać okolicę. Ku mojemu zdumieniu niedaleko tegoż obiektu wojskowego ujrzałem rampę startową w wyciętej w lesie przecince. Wszystko Bohuś wykonał z kolegami pod nadzorem wojskowym zmiękczanym piwem i nie tylko tym rodzajem alkoholu. Z tej rampy Bohuś startował do swych lotów. Byłem pełen podziwu dla Jego pomysłowości. Okazało się, że żołnierz czeski nie jest taki straszny jakby się nam Polakom wydawało.
Po zwiedzaniu ponownie trafiliśmy do chaty, aby się kolejny raz posilić piwkiem. PóĽniej zjazd do zajazdu też na piwko oraz czeskie potrawy z których najbardziej pasował mi ser opiekany. Nadeszła kolej na odwiedziny domu rodzinnego Sindelków, gdzie jak zwykle gospodarze byli do przesady gościnni. Następnie czekał mnie powrót z tymi samymi „konwojentami” do Frydka Mistka. Gdy stanąłem u drzwi Stania Kozela, ten z wielkim trudem mnie poznał. „Rewanż” Bohusia za okazaną pomoc w Zakopanem bardzo mnie wycieńczył. Stanio zastosował kurację Becherowką która okazała się skuteczna i wróciłem do sił.
Teraz czekało mnie tylko przekroczenie granicy z zakupioną rolką materiału na pokrycie lotni, tzw. ulją, którą kupiłem za korony przemycone do bratniej Czechosłowacji. Na moście granicznym w Cieszynie stanąłem w długiej kolejce oczekujących na odprawę pieszych. Rola materiału dość dużo wystawała z torby spadochronowej. Naraz z tyłu usłyszałem głos : „uważej bo mnie pobodziesz…”. To celnik czeski nadział się na moją ulję. A cóż to macie zapytał. Chodźcie za mną. I zaczęło się maglowanie. Skąd, za co, po co, ile metrów, po ile metr i czy mam na cło.
Tłumaczę, że to darowizna od czeskich kolegów, w rewanżu za połamaną lotnię. Nie wierzy pomimo że miałem pisemko napisane przez czeskich lotniarzy.
Pyta się, czy mam korony na cło. Odpowiadam że nie mam, mijając się z prawdą. Prosi mnie do kontroli osobistej. Myślałem że to koniec. Wpadłem na pomysł, że pieniądze na cło otrzymam od znajomego mieszkającego w Czeskim Cieszynie. Celnik się zgadza i wracam do miasta. Kilka przecznic dalej z rękawa wysupłałem potrzebne korony i wróciłem na most graniczny. Celnik już czekał, skasował korony po czym ponownie zapytał czy nie mam więcej koron, a po mojej stanowczej odpowiedzi że nie mam popatrzył na mnie groźnie, milczał kilka chwil nad czymś się zastanawiając i wreszcie oznajmił że mogę iść do Polski. Jeszcze chwila i już zapach Cieszyna.
Szczęśliwy dotarłem do domu i zabrałem się wykonania kolejnej lotni o nazwie Racek, której plany otrzymałem od Bohusia.
Niestety gdzieś rok później dotarła do mnie tragiczna wiadomość o śmierci Bohusia. Zmienił lotnię na Saphira bezdźwigarowego (konstrukcji Horsta Zimmera). Przy którymś twardym lądowaniu wygiął kil wystający przed dziób lotni usztywniający konstrukcję lotni za pomocą linek zamocowanych do rur natarcia. Pośpiesznie rurę kilową jakoś na oko wyprostował i wykonał kolejny lot kończąc go niskim dynamicznym przelotem nad znajomymi – kil nie wytrzymał potężnego obciążenia, lotnia się złożyła i Bohuś nie miał szans na przeżycie.
Odszedł kolejny pionier lotniarstwa, tym razem czeskiego.
Pozostało tylko wspomnienie i trochę zdjęć.

Ps. Taki news przeczytałem na www.lotnie.pl :
Horst Zimmer nie żyje - 2007/11/09 20:52
Horst Zimmer który razem z bratem bliźniakiem Haraldem założył firmę Bautek i skonstruował takie lotnie jak Saphir 16, Saphir 17, Zephir, Zephir CX, Pamir, Milan, Milan-Racer, Sunrise, Astir und Twister zginął 5 listopada 2007 roku podczas oblatywania nowej lotni. Przyczyna wypadku - nie podpięcie uprzęży…
Odszedł człowiek, który współtworzył światowe lotniarstwo.

Cześć Jego pamięci

Więcej tutaj:
http://naszestrony.nazwa.pl/lotnie/component/option,
com_joomlaboard/Itemid,41/func,view/catid,3/id,1732/


Losowe zdjęcia


powiększ

powiększ

powiększ

powiększ

powiększ

Imprezy lotnicze


XIV Międzynarodowy Piknik Lotniczy w Bielsku-Białej.

IX Nowotarski Piknik Lotniczy odbędzie się w dniach 12 i 13 sierpnia 2017r.

Promocja Almanachu /Opowieści fotografistów 3/ w Klubie Dziennikarzy pod Gruszką. Kraków 15.03.2017